piątek, 2 grudnia

Pedagogika karą za grzechy?

Hasła takie jak “pedagogika to takie proste studia”, “to ostateczność”, “tylko nie idź uczyć” prześladowały mnie niczym osławiona czarna Wołga przez cały okres uczęszczania do szkoły ponadgimnazjalnej (jeszcze w tamtych – wbrew pozorom dla młodszych czytelników – nie tak odległych czasach), okraszone niezmiennie moim ukochanym mottem polskiej edukacji, głoszącym dumnie: “Studia humanistyczne to nie studia”. Dlaczego tak głęboko jest w nas zakorzeniane wyobrażenie, że praca z dziećmi to “najgorsza kara” niewymagająca wybitnych zdolności czy wiedzy? I dlaczego cały ten bigos zgotowaliśmy sobie my sami? Te – i kilka innych, równie ważnych – pytań – spróbujemy sobie dziś poddać krótkiej refleksji, siejąc – jak na studentkę tejże okropnej pedagogiki przystało – drobne ziarno niepewności związanej z przekonaniem o niskim poziomie studiów.

Zapewne rozumiecie o czym tu mówimy – studia pedagogiczne są kreowane na żywe ucieleśnienie uniwersyteckiego “mięsko zjedz, ziemniaczki zostaw” – skup się na statystyce i matematyce, inżynierii, a dzieci zostaw sobie jako ostatnią deskę ratunku, kiedy to już Twoje wyniki z matury zawiodą podczas rekrutacji do naszych cudownych, wspaniałych, wybitnych polskich uczelni (pozwólmy sobie na tą dozkę zdrowotnej ironii – kto przeżył studia w tym kraju, pewnie teraz porozumiewawczo powtóruje mi kiwając głową), których to progi punktowe często identyfikują się ewidentnie jako wierzchołek Mount Everest. Jednak to właśnie z jakiegoś powodu studia, które niegdyś doprowadzały ludzi do zyskania jednego z najbardziej pożądanych, stabilnych tytułów zawodowych – nauczyciela. Na przestrzeni lat znaczenie tego zawodu jednak znacząco i odczuwalnie (zarówno szacunkowo, jak i zarobkowo) zmalało, a studia jako sam w sobie kierunek utraciły niemalże całkowicie rangę – nie licząc swoich nieco nowocześniejszych odnóg, młodszych sióstr takich jak np. terapia pedagogiczna czy arteterapia. Sama postać nauczyciela, pedagoga, przywodzi raczej na myśl traumy z okresu edukacji bądź uosobienie mema Pani Wychowawczyni z Kluczami we własnej osobie. Wyobrażenie nauczyciela jako “prowadzącego za rękę” (“paidos” oraz “gogos” – zakłada to już sama geneza słowa “pedagogika”) stało się już jedynie podręcznikowym obrazkiem, a widok młodego nauczyciela nie wzbudza w nikim szacunku – niestety, często wręcz przeciwnie – politowanie.

I to właśnie sami żeśmy sobie uczynili – cechując kierunki pedagogiczne pejoratywnie, właśnie jako te “drugiego sortu”, “drugiego wyboru”, “ratunku”. Bo kto chciałby wpisać w swoim profilu na Facebooku, że “Studiuję zmienianie
pieluszek”? Albo “Praktykuję zastraszanie dzieci”? – a niestety to taką wizję pamiętamy z naszej przeszłości szkolnej.

Całkiem inaczej przecież brzmi “Wydobywam dobro i potencjał z małego człowieka”. Zupełnie inaczej wygląda “Tworzę przestrzeń do stawania się dorosłym”. “Kreuję wirtuoza”. “Tworzę geniusza”. “Uzupełniam braki w słuchaniu”. “Jestem tu dla Ciebie”.

A przecież za wszystkimi definicjami stoi to samo słowo – pedagogika.

Więc kiedy następnym razem spotkasz młodego nauczyciela – poślij mu uśmiech – prawdopodobnie to dla niego kolejny ciężki dzień walki z wiatrakami polskiej edukacji o bezpieczną i komfortową przestrzeń dla rozwoju Twojego dziecka.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.